Czytany Wpis

Wojna przeglądarek

Dzisiaj będzie trochę nietypowo, bo o naszych wrotach do Internetów, czyli przeglądarkach. Oraz czy warto o nie kruszyć kopie.

Wojna przeglądarek

Dzisiaj będzie trochę nietypowo, bo poruszyć chcemy temat nie za bardzo licujący z profilem naszego bloga. Na szczęście nie będziemy w tym wpisie odkrywać na nowo historii, które zwyczajowo określa się tym mianem, kiedy to ważyły się losy tego jak w przyszłości mógłby wyglądać dostęp do Internetu. Na nasze szczęście ostatecznie niewiele wyszło z zamiarów Microsoftu, który pod koniec lat 90-tych ubiegłego stulecia nie przebierając w środkach próbował zmonopolizować ten rynek.

Powód powstania tego bloga jest dalece bardziej prozaiczny. Otóż młodzi ludzie (choć nie tylko oni) mają tendencję do zaczynania wojenek, które starsi określają często jako dowodzenie wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia. W myśl tej idei spierać się można na dowolny temat, czyli dlaczego Xbox jest gorszy niż Playstation, czemu Marvel ssie przy DC (to akurat rzecz bezsporna - przypis Stary Nudziarz) i dalej w ten deseń. Jednakże do tego zestawu za sprawą dyskusji między Nowym Nudziarzem a kolegami doszło do jednej z wielu - zazwyczaj niespecjalnie merytorycznej - dyskusji, tym razem przeglądarkom internetowym poświęconej.

Mniejsza o to, kto i jaką w tym momencie preferował oraz ewentualnie dlaczego, ważniejszym jest fakt, że w pewnym sensie wszystkie wówczas wymieniane “marki” de facto zamykały się w jednej rodzinie. W tym kontekście przywołamy dostępne na stronie NetMarketShare statystyki mówiące o ilości osób korzystających z poszczególnych przeglądarek.

Chrome: 69.28% (Blink)

Edge: 7.75% (Blink)

Firefox: 7.48% (Gecko)

Internet Explorer: 5.21% (Trident)

Safari: 3.73% (Webkit)

QQ: 1.96% (Blink/Trident)

Sogou Explorer: 1.73% (Blink/Trident)

Opera: 1.12% (Blink)

Yandex: 0.90% (Blink)

UC Browser: 0.37% (Blink)

Oczywiście to co się rzuca w oczy to ogromna przewaga Chrome na całą resztą stawki, które samo ma ponad dwa razy więcej użytkowników niż cała reszta łącznie, ale to chyba nie jest dzisiaj dla nikogo zaskoczeniem. To na co chcielibyśmy dzisiaj zwrócić uwagę znajduje się w nawiasach. Podane tam wartości wskazują na silnik, który napędza te narzędzia do przeglądania Internetów. Jak widać przewaga Blinka, który jest tworem Google, jest jeszcze większa, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę fakt, że silnik Trident (podobnie jak sam Internet Explorer) to martwy projekt i korzystania z tego narzędzia do przeglądania sieci nie jest najlepszym pomysłem z kilku powodów, o których jednak nie zamierzamy się tutaj rozpisywać. Natomiast jeśli już przy przeglądarkach Microsoftu jesteśmy, to firma ta stosunkowo niedawno porzuciła inny silnik, który napędzał przeglądarkę Edge i przeszedł na Blinka właśnie dostrzegając przewagę tego rozwiązania.

Za co jednak odpowiada to cudo? W dużym skrócie oraz uproszczeniu jego zadaniem jest prezentowanie treści, które zostały umieszczone na tej czy owej stronie internetowej. Jeszcze kilka lat temu istniejące “rozdrobnienie” w tym zakresie powodowało szereg problemów przy surfowaniu w sieci, ponieważ mimo istniejących standardów dotyczących budowy stron www, które ustalane są przez konsorcjum W3C, z ich implementacją w przeglądarka bywało różnie. Uwaga ta dotyczy zwłaszcza Microsoftu, który przez lata uważał, że jedyne standardy warte utrzymywania to te, które sami wyznaczają. W efekcie te same strony mogły się różnie prezentować w zależności od tego, z jakiej przeglądarki korzystaliśmy. Oczywiście osoby tworzące  witryny starały się w różny sposób zaradzić, ale to z kolei zwiększało nakłady pracy (zwłaszcza związane z testowaniem) i nawet nie zawsze przynosiło oczekiwany skutek. Tym samym pod pewnymi względami obecne zjawisko związane z hegemonią Blinka można uważać za pożyteczne (tym bardziej, że to projekt otwartoźródłowy).

Jak widać zastosowany silnik ma generalnie kluczowe znaczenie dla naszego komfortu korzystania z sieci i w tym sensie jest sercem każdej przeglądarki, a cała reszta to do pewnego stopnia wyłącznie dodatki. Rzecz jasna te ekstra funkcjonalności (w postaci różnych rozszerzeń czy bardziej wyszukanych usług jak wbudowany VPN) mogą ostatecznie decydować o naszym finalnym wyborze, ale póki co - mając na względzie przytoczone wyżej statystyki - niespecjalnie widać realne zapotrzebowanie na alternatywę dla przeglądarki od Google.

Nie znaczy to bynajmniej, że tak właściwie nie ma większego znaczenia, czy siedzimy na Chrome, Edge czy Operze, skoro pod “ich maską” działa dokładnie ten sam silnik. Jak zawsze w przypadku dowolnego oprogramowania, każda z tych przeglądarek ma swoje rzeczywiste wady i zalety. Problem polega na tym, że w podobnych dyskusjach rzadko się zdarza, gdy wychodzimy we własnej argumentacji poza osobiste doznania, a ostatecznie o naszym wyborze zazwyczaj decyduje siła przyzwyczajenia. Nie ma w tym absolutnie nic zdrożnego. Niech każdy w tym wypadku używa tego, co mu najlepiej służy i pasuje. Cieszmy się przy tym, że ostatecznie mamy wybór zamiast tracić czas i energię na bezproduktywne przepychanki.