Czytany Wpis

U zarania rozrywki, czyli moje TOP 5 FPS-ów z lat 90-tych

Obiektywnie subiektywne zestawienie pięciu kamieni milowych w rozwoju gier FPS udające standardowe TOP 5 najlepszych tytułów.

U zarania rozrywki, czyli moje TOP 5 FPS-ów z lat 90-tych

Zanim przejdziemy do właściwej treści niniejszego wpisu kilka ogłoszeń parafialnych, a właściwie dwa. Dzisiejszy tekst jest pierwszym, który ma jednego autora i jest nim Stary Nudziarz. W głównej mierze to pokłosie faktu, że post ten traktuje o grach, w które piszący te słowa łupał będąc niewiele starszym od Młodego Nudziarza, tym samym ten ostatni nie był w stanie wnieść własnego wkładu w jego powstanie, ponieważ tych tytułów nie zna (co najwyżej ze słyszenia). Po drugie, dzisiejszy tekst będzie pierwszym, który stanie się bazą pod nagranie zamieszczone na naszym kanale, a przynajmniej takie są plany, bo wakacje idą i pewnikiem będziemy mieli wreszcie więcej czasu, który jakoś trzeba będzie wykorzystać. I to byłoby na tyle jeśli chodzi o kwestie “organizacyjne”.

Co do samego tematu niniejszego wpisu, to chciałbym w nim zaprezentować 5 gier, które w mojej opinii stanowiły kamienie milowe w rozwoju FPS-ów. Dlatego przygotowane zestawienie tych produkcji jest uporządkowane chronologicznie, ponieważ chciałem pokazać ewolucję gatunku, która doprowadziła do momentu, kiedy to w roku 1996 pojawił się pierwszy tytuł zawierający praktycznie wszystkie elementy charakterystyczne dla współczesnych gier prowadzonych z perspektywy pierwszej osoby. Oczywiście od strony wizualnej omówione produkcje dzieli przepaść od tego, z czym mamy do czynienia obecnie. To samo się tyczy mechaniki rozgrywki, która była dużo bardziej uproszczona w stosunku do tego, do czego jesteśmy dzisiaj przyzwyczajeni. Natomiast siłą rzeczy tak być musiało, bo sprzęt który wówczas królował na biurkach graczy był dużo słabszy od współczesnych budżetowych smartfonów, nawet tych przysłowiowych “z Biedronki”. Tym niemniej chodzi o pewne ogólne zasady czy elementy, który w ciągu kilku lat mocno ewoluowały, dając nam w efekcie produkt typowy dla każdego szanującego się FPS-a.  

Maze Wars (rok wydania: 1973)

Oczywiście ktoś obeznany z tematem patrząc na moją listę ktoś może powiedzieć, że wymienione poniżej tytuły trudno uznać za pierwsze próby tworzenia gier, gdzie wydarzenia obserwowane są z perspektywy ich uczestnika (niejako oczyma postaci, którym sterujemy). Wszak już w latach 70-tych ubiegłego stulecia powstawały produkcje w rodzaju Maze War, gdzie poniekąd ten warunek był spełniony. Tym niemniej mówiąc dzisiaj o grach typu FPS na ogół mamy na myśli coś więcej niż tylko sam sposób obserwowania wydarzeń, ponieważ dodajemy tutaj wymóg pełnej trójwymiarowość i względną swobodę przemieszczania się oraz obserwowania świata. Jeśli tak podejdziemy do tematu, to faktycznie pierwsze tego rodzaju produkcje pojawiły się dopiero w latach 90-tych XX wieku, choć w początkowej fazie ich rozwoju te pionierskie tytuły też nie do końca wpisywały się oczekiwania, o których mowa wyżej (tak w sposobie prezentacji grafiki oraz mobilności postaci). Szkoda jednak czasu na takie akademickie rozważania, zwłaszcza że to moja “opowieść” i moim zbójeckim prawem jest prowadzić ją tak jak mi się żywnie podoba.

1.Wolfenstein 3D ((premiera: maj 1992, wydawca:  id Software)

Absolutny kamień milowy jeśli chodzi o gry wideo. Prawdziwy tytuł legenda, przy którym od lat majstrują kolejni twórcy, chcąc z lepszym lub zazwyczaj gorszym skutkiem nawiązać do lat świetności tej marki. Tym niemniej uczciwie jednak trzeba przyznać, że nie był to pierwszy projekt tego rodzaju, bo jakieś pół roku wcześniej na rynek trafiła gra Catacomb 3-D (z resztą od tego samego studia deweloperskiego), która w nieco gorszym wydaniu proponował mniej więcej to samo, co jej słynny następca. Powiedzieć, że Catacomb 3-D przeszedł bez echa, to jednak zbyt duża przesada, ale mimo wszystko daleko mu było do tego, co stało się kilka miesięcy później. Poza tym sam nie miałem nigdy przyjemności wcielić się w postać czarodzieja Pettona Everhaila, z którym włóczymy się po tytułowych katakumbach, więc siłą rzeczy próżno szukać tego tytułu na mojej liście.

Wracając do Wilczego Szańca, bo tak się czasem mówiło w kraju nad Wisłą, to uczciwie trzeba przyznać, że już wtedy grafika nie rzucała na kolana, ponieważ jakość tekstur nie była pierwszej próby, przez co gra w pewnym momencie mogła zaczynać być nieco nużąca. Ale nie o to wodotryski wizualne wszak w tym wszystkim chodziło, bo liczył się nowatorski sposób prowadzenia rozgrywki. Nie zmienia to jednak faktu, że grafika była płaska jak krzywa wzrostu czytelników tego bloga, ale wówczas nikt jeszcze nie myślał o jakiejkolwiek trójwymiarowości napotkanych obiektów czy przeciwników. Sprzęt jaki wówcza królował na biurku przeciętnego Kowalskiego czy innego Smitha nie dawał w tym zakresie dużego pola do popisu.

Równie płaska była przestrzeń, po jakiej mógł poruszać się nasz bohater, ponieważ nie było tutaj najmniejszych wzniesień czy możliwości skorzystania ze schodów, by dostać się na wyżej położoną platformę, gdyby ona w ogóle była.

Przyznam się, że ja na ten hype train nie załapałem się w okresie jej największego natężenia, ponieważ pierwszego peceta dostałem kilka lat później, ale jako wówczas dumny Amigowiec, chyba po raz pierwszy poczułem się graczem drugiego sortu, po tym jak ujrzałem to cudo u mojego kuzyna.

2.Doom (premiera: grudzień 1993, wydawca:  id Software)

Prawdziwy szał na gra FPS zaczął się jednak jakieś półtora roku później (w Polsce rzecz jasna z odpowiednim przesunięciem w czasie), ponieważ pod koniec 1993 roku miała swoją premierę gra Doom. Wówczas to mój świat jako gracza całkowicie się posypał i był to dla mnie jednoznaczny sygnał, że pora moją Amigę schować do szafy i zacząć pielgrzymować do rodziców w sprawie zakupu blaszaka (tak się kiedyś na pecety wołało), coby ich pociecha nie doświadczyła opłakanego w skutkach cyfrowego wykluczenia. Trochę to trwało, bo rodzice zlitowali się nade mną jakieś 3 lata później, ale sprzęt dostałem wówczas prima sort.

Sama gra była “tylko” rozwinięciem konceptu znanego z Wolfenstein 3D i z tej perspektywy nie nazwałbym jej rewolucyjną. Zasada była tutaj ta sama: startowaliśmy w punkcie A i naszą rolą było dotrzeć do punktu B po drodze zabijając tabuny przeciwników. To co jednak powodowało, że mieliśmy wrażenie obcowania z reprezent całkiem innego gatunku, to fakt, że wszystkiego tutaj było więcej i lepiej. Grafika to był niesamowity przeskok jakościowy pod względem użytych tekstur, ale też ich różnorodności. To miało również przełożenie na liczbę dostępnych broni oraz przeciwników, którzy nas atakowali. W miejsce trzech nizistów na krzyż autorzy przygotowali cały bestiariusz, czyhający na naszą postać i wymagający nieco innego podejścia do jego eliminacji.

Jedyna faktyczna nowość, która nie sprowadzała się do hasła “więcej, szybciej, głośniej”, polegała na różnicowaniu poziomów rozgrywki. Nie chodzi w tym miejscu o możliwość wyboru stopnia trudności wyzwań stawianych przed nami. Po prostu miejsce gry nie było już płaskim jak stół polem walki, ponieważ od czasu do czasu mogliśmy się po schodach wspiąć na platformę znajdującą nad poziomem, na którym obecnie się znajdowaliśmy.

3.Star Wars: Dark Forces (premiera: luty 1995, wydawca: LucasArts)

Długo się zastanawiałem czy tę grę dodać do mojej listy, bynajmniej nie dlatego, że miejsce w takim zestawieniu jej się nie należy. Już sam fakt umieszczenia rozgrywki w uniwersum Star Wars powinien wystarczyć za wystarczający powód, by o niej wspomnieć. Mój problem z tą produkcją polega na czymś zgoła innym. Otóż po raz pierwszy zetknąłem się z tym tytułem, gdy już miałem za sobą wiele godzin gwałtów i rozbojów w grach, które pojawiły się po niej (o dwóch z nich piszę dalej). W efekcie nie spędziłem przy niej zbyt wiele czasu, w czym nie pomogli sami twórcy, gdyż ukończeniu całości było stanowczo zbyt krótkie. Ważniejsze jest jednak to, że ciężko mi było docenić odpowiednio nowinki, które zaproponowali macherzy z LucasArts, ponieważ nowsze gry robiły to samo, tylko zazwyczaj lepiej.

Natomiast trzeba podkreślić, że było to chyba pierwszy tytuł, który wprowadzał elementy, bez których dzisiaj trudno sobie wyobrazić jakiegokolwiek FPS-a. O ile Doom jako pierwszy próbował pokonać grawitację, ale przy pomocy mało wyszukanego fortelu, to Dark Forces faktycznie pozwoliło śmiało spojrzeć graczom w niebo i to dosłownie. Wreszcie istniała możliwość spoglądania tak w dól jak i górę. Co więcej postać potrafiła wreszcie podskakiwać, czyli rzeczywiście oderwać się od płaskiej jak stół powierzchni. No i w drugą mańkę, w razie potrzeby można było przykucnąć. naszym bohaterem. Wówczas to było prawdziwe novum, ale od premiery tej gry zaczęło być powoli standardem.

4.Duke Nukem 3D (premiera: styczeń 1996, wydawca: 3D Realms)

Drugi tytuł na liście spoza stajni id Software i jeden z pierwszych FPS-ów, który katowałem już na moim własnym blaszaku i to dosłownie, bo przez całkiem długi czas był to absolutny numero uno w mojej bibliotece gier. Sądziłem wówczas, że już nic lepszego w tym zakresie nie da się wymyślić. Oczywiście grafika pod wieloma względami nadal tylko udawała 3D, co było szczególnie widoczne w przypadku przeciwników płaskich jak naleśniki, choć po prostu taki był wówczas standard. Ale cała reszta to już był kosmos.

Przede wszystkim to była pierwszy FPS, z jakim dane mi się było się zetknąć, który pozwalał na dużą interakcję z otoczeniem. Dzisiaj to może się wydawać śmieszne, ale możliwość niszczenia różnych przedmiotów stojących na naszej drodze to było duże WOW. Z resztą nie chodziło li tylko i wyłącznie o to, że ten czy ów śmietnik czy skrzynia rozkosznie się rozpadały pod ciężarem naszych obcasów. Możliwość spuszczenia wody w toalecie czy bycia świadkiem nieobyczajnych po wciśnięciu odpowiedniego guzika robiło na mnie wówczas niesamowite wrażenie. Do tego dochodził jeszcze dość humorystyczny wydźwięk tak fabuły jak i elementów pojawiających się w trakcie zabawy, to wszystko robiło robotę.

Cała reszta to był już pewien rynkowy standard, choć podany w tak smakowity sposób, że trudno było mi się od tej gry oderwać, ku rozpaczy moich rodziców. Niestety pechowo dla swoich twórców gra pojawiła się na rynku trochę za późno, by osiągnąć taki sukces na jaki być może zasługiwała, przynajmniej w mojej ocenie. Jakoś pół roku po premierze Duke Nukem 3D ponownie id Software postanowiło zmienić reguły gry.

5. Quake (premiera: czerwiec 1996, wydawca: id Software)

Przyznaję się bez bicia, że dłuższą chwilę zajęło mi docenienie tej produkcji. Po części było to spowodowane relatywnie wysokimi wymaganiami sprzętowymi, co miało swoje przełożenie na płynność rozgrywki czy raczej wrażenie jakie w tym zakresie ona we mnie wywoływała Nie chodziło nawet o dramatycznie spadające FPS czy chwilowe zawiechy, bo mój sprzęt naprawdę dawał radę nawet na relatywnie wysokich ustawieniach. Po prostu coś było w mechanice tej gry, że sprawiała ona na pierwszy rzut oka wrażenie wyraźnie mniej dynamicznej niż jej poprzedniczki. Dodatkowo kolorystyka w całej grze była strasznie monotonna i nie mam tutaj pewności czy wynikało to z wizji artystycznej twórców, czy głównie chodziło o to, by ukryć pewne oczywiste niedoskonałości związane z nowym sposobem renderowania otaczającego nas świata. A ta zmiana była największą rewolucją od czasu pojawienia się Wolfenstein 3D.

Od premiery Quake można było wreszcie mówić o pełnym 3D, ponieważ nasi przeciwnicy wreszcie składali się z kilkunastu czy kilkudziesięciu trójwymiarowych brył, na które były nałożone niezbyt urodziwe tektury. Na początku mnie te uproszczenia nieco odrzucały, ale kilkanaście lat później postanowiłem odświeżyć sobie ten tytuł i obecnie bardziej zachodzę w głowę, dlaczego po doświadczeniu z Quakem chciało mi się jeszcze łupać w gry w rodzaju Duke Nukem. Wówczas jednak - przyznaję się bez bicia - nie rozumiałem, o co to całe halo z tą produkcją. Tym niemniej wydawcy gier byli w tym zakresie dużo bardziej pojętni od piszącego te słowa i po premierze Quake płaskie tekturki, udające przeciwników, odeszły do lamusa na dobre. Zaś ja sam niedługo potem rozkochałem się w drugiej odsłonie tej gry, tyleż za sprawą wielu usprawnień do niej wprowadzonych, co za sprawą możliwości rozgrywki sieciowej, którą uskuteczniałem z kolegami będąc już studentem. Rzecz jasna nie był to pierwszy tytuł, który oferował możliwość zabawy sieciowej, bo takowa była już dostępna w Doom. Niestety wówczas Internet był jeszcze w powijakach (przynajmniej w Polsce), więc dopiero dostęp do pracowni komputerowej w akademiku, w którym w tamtych latach “stacjonowałem” otworzył przede mną nowe perspektywy rozgrywki.