Czytany Wpis

Stawiamy własny serwer Minecraft. Rozmyślania konćowe.

Refleksje na temat złożoności i celowości stawiania własnego serwera Minecraft.

Stawiamy własny serwer Minecraft.  Rozmyślania konćowe.

Minął już tydzień od tekstu zapowiadającego rewolucję na blogu, więc przydałoby się napisać coś na blogu. W rezultacie dzisiaj chciałbym wrócić do tematu postawienia własnego serwera dla Minecrafta. Jednak taki wpis jest po troszę nie po drodze z tym, o czym wspominałem równo siedem dni temu, więc zanim przejdę do właściwej części tekstu, dwa słowa wyjaśnienia, czemu właśnie od tego odgrzewanego kotleta rozpoczynam ten nowy rozdział na blogu, a nie od obiecanych serii wpisów.

Niestety wygląda na to, że - jak to często w moim wypadku bywa - chęci okazały się nieadekwatne do możliwości albo może jeszcze inaczej: nie doceniłem złożoności materii. Jeśli chodzi o kwestię dotyczącej opowiadania w świecie Minecrafta, to póki co z tego zobowiązania się nie wycofuje, ale zwyczajnie zabrakło mi na ten moment odwagi i przede wszystkim czasu, by się nim zająć. Tym niemniej plan pierwszego rozdziału mam już w głowie. Gorzej niestety z wprowadzeniem do programowania w Robloxie, ponieważ tutaj zdecydowanie nie doszacowałem skali trudności zagadnienia. Niestety cały entuzjazm związanym z tym zagadnieniem znowu szybko wyparował w momencie, gdy zabrałem się za jego zgłębianie, choć akurat powody są tutaj zupełnie inne niż w przypadku Minecrafta w parze z Pythonem, który był moim pierwotnym projektem. Jak dobrze pójdzie, to w najbliższych kilku dniach poświęcę temu osobny tekst. Zaznaczam jednak, że skoro już się wygłupiłem, to jednak rękawicę podejmuję i taki cykl powstanie. Pech chciał, że sporo wolnego czasu właśnie temu zagadnieniu poświęciłem w ostatnim tygodniu, a rezultaty są żadne.

Jednak wracając do głównego wątku tego wpisu, czyli obiecanych wrażeń z postawienia własnego serwera na domowej maszynie, to projekt ten można uznać za połowiczny sukces czy właściwie raczej za ciekawe, ale nie do końca udane przedsięwzięcie w kontekście pierwotnych założeń. Przypomnę, że chodziło o posadowienie takiego serwera na domowym blaszaku w celu grania ze znajomymi, którzy rozsiani są po różnych lokalizacjach.

Sama instalacja dla odrobinę ogarniętego (czytaj: nielękającego się konsoli) użytkownika Linuksa nie będzie stanowić większego problemu. W przypadku osób nie znających świata poza Okienkami takiej pewności już nie mam. Z doświadczenia wiem (ot chociażby na bazie studiowania zachowań Młodego Nudziarza), że tacy użytkownicy nie są przyzwyczajeni do tego, że trzeba coś ustawić w rejestrze systemu czy skonfigurować bezpośrednio w pliku tekstowym. W ich świecie po prostu klika się na plik wykonywalny i niech dzieje się magia.

Od razu zaznaczę, że piszę tutaj o wersji Java Edition (JE), bo tylko taka nas interesuje. W przypadku Bedrock Edition (BE), który nie korzysta z dobrodziejstw Javy (napisany jest w C++), jest odrobinę prościej z samą instalacją. Tym niemniej, jeśli chcesz i zamierzasz - a zapewne tak jest - korzystać z modów, a być może nawet tworzyć własne, to BE odpada w przedbiegach.

Niestety prawdziwym problemem w naszym przypadku było nadrzędne założenie o zachowaniu ciągłości w dostępie do usługi. Z grubsza chodzi o to, że zabawa na tym serwerze miała być możliwa dla każde “wtajemniczonego” w zupełnie dowolnym momencie każdego dnia. W praktyce więc takie urządzenie musiałoby być podłączone do prądu oraz sieci przez całą dobę. Na szczęście nie był to laptop gamingowy Młodego Nudziarza, więc wydatek energetyczny z tym związany byłby zapewne do przyjęcia dla płacących rachunki. Gorzej było z faktem, że w każdej chwili mogłem się spodziewać niezapowiedzianego oblężenia mojego routera przez żądnych przygód graczy. O ile dzisiaj download, czyli maksymalna prędkość pobierania danych, w większości wypadków jest co najmniej zadowalająca, to większość dostawców cały czas mocno różnicuje ją z uplinkiem, czyli pakietami wysyłanymi w świat. Dlatego nie uśmiechało mi się, że w najmniej spodziewanej chwili coś zacznie mi chrupać podczas korzystania z sieci, bo żądni przygód gracze wbiją się na serwer. Dołóż do tego konieczność odblokowania portów na routerze lub postawienia wirtualnej sieci LAN na bazie jakiejś usługi VPN, co automatycznie ubiera mnie w kapcie administratora zabawy obcych mi ludzi i jednego szkodnika, którego trzymam w domu. Dlatego stojąc wobec takiej perspektywy momentalnie sięgnąłem do portfela i dałem Młodemu Nudziarzowi 25 złotych, każąc iść precz.

Morał z tego ćwiczenia płynie następujący: jeśli nie jesteś niedzielnym graczem w Minecrafta i potrzebujesz serwera do regularnej zabawy z liczną ekipą, to lepiej złożyć się w kilka osób po te 5 złotych i wykupić odpowiednią usługę serwerową od jednego z dostawców. Wprawdzie na rynku są też rozwiązania darmowe, ale zazwyczaj nie udostępniają one możliwości korzystania z modów oraz charakteryzują się dość przeciętnymi (by nie powiedzieć słabymi) parametrami, które powodują zgrzytanie zębami, gdy liczebność graczy przekracza poziom 4 sztuk. Dlatego ten wspominany “piątak” wydaje się kwotą nieprzesadnie wysoką, a rozkładając go na większą ilość osób, można jeszcze zmniejszyć wysokość comiesięcznej składki. W zamian za to otrzymujemy nie tylko platformę gwarantującą satysfakcjonującą rozrywkę, ale też bezcenną lekcjęcej z zakresu sharing economy.