Czytany Wpis

Recenzja Free Guy, czyli jak zmarnować świetny potencjał

Z dużej chmury mały deszcz. Tak można krótko podsumować najnowszy film z Ryanem Reynoldsem.

Recenzja Free Guy, czyli jak zmarnować świetny potencjał

Tytuł niniejszego wpisu zdradza moją opinię na temat tej produkcji, więc nie ma co się przesadnie krygować, dlatego powiem wprost: jestem bardzo rozczarowany tym, co zaoferowali mi twórcy Free Guy’a. Dlatego tylko niewielką część dzisiejszego wpisu poświęcam temu, za co można polubić ten obraz. Od razu też zaznaczę, że Młody Nudziarz nie podziela mojego krytycyzmu, ale nie odniosłem wrażenia, by jakoś przesadnie był zachwycony po wyjściu z kina. Dodam też, że recenzja ta jest delikatnie spojlerowana, więc jak ktoś dopiero wybiera się do kina, może lepiej jak sobie daruje dalszą lekturę.

Zacznijmy od tego co mnie obecnie strasznie irytuje, ale nie jest to akurat przytykiem w stronę “Free Guy”. Przed seansach w wielu recenzjach czy opiniach w Internetach spotkałem się z porównaniem tej produkcji do filmu “Truman Show”. W kontekście tego, co dane mi było wczoraj zobaczyć, absolutnie nie rozumiem takiego zestawienia. Bynajmniej nie chodzi mi o to, że najnowszy film z Ryanem Reynoldsem nawet nie leżał w pobliżu genialnej produkcji z udziałem Jima Carrey’a, bo zapewne nie o to chodziło głoszącym opinie o jakimś pokrewieństwem między tymi tytułami. Te dwa filmy dzieli niemal wszystko, tak na płaszczyźnie fabularnej oraz wymowy całości.

Zapewne niewiele osób, do których skierowany został Free Guy kojarzy w ogóle “Truman Show”, więc krótko naświetlę o czym ta druga produkcja opowiada. Otóż jest to historia człowieka, który od niemowlęcia żył w czymś na kształt ogromnego “Big Brothera” (reality show oglądanego przez miliony ludzi na świecie) z tą wszakże różnicą, że nie miał świadomości nierealności tego świata, ponieważ stacja telewizyjna za program odpowiedzialna robiła wszystko, by tę prawdę przed nim ukryć. Seria przypadkowych zdarzeń mocno podlana bardzo ludzką ciekawością głównego bohatera i nieodłącznym poczuciem jakiegoś braku sprawia, że podejmuje on ostatecznie próbę przedarcia się przez tą zasłonę pozorów, choć twórcy telewizyjni jak tylko mogą mu to utrudniają. Film więc jest po troszę pochwałą hartu ludzkiego ducha, naszej niezłomności jako gatunku, ale nade wszystko krytyką świata zdominowanego przez wielkie korporacje medialne.

W przypadku “Free Guy” bohaterem jest de facto kawałek kodu, który również nie ma “świadomości” życia w całkowicie wykreowanej rzeczywistości, ale w zasadzie jest szczęśliwy i ze swego losu zadowolony. Zmiana czy też jego przebudzenie to pokłosie czegoś na kształt wirusa (listu miłosnego twórcy), który w sposób całkowicie mechaniczny (bodziec-reakcja) wybudza go z letargu. Co więcej wbrew oczywistym faktom bardzo długo nie chce przyjąć do wiadomości, że zamieszkuje świat gry, mimo że jest to mu nie raz pokazywane wprost. No i nade wszystko z dość oczywistych powodów żadna alternatywa poza światem gry dla niego siłą rzeczy nie istnieje, więc motyw rzekomej emancypacji jest tutaj grubymi nićmi szyty. Jedyny punkt wspólny między tymi produkcjami, to fakt, że w pewnym momencie publiczność internetowa zaczyna śledzić jego losy i mu kibicować. Mocno to jednak wszystko naciągane.

Najgorszy jednak w tym porównaniu z “Truman Show” jest fakt, że "Free Guy" tak naprawdę jest o niczym albo dokładniej rzecz ujmując: twórcy coś tam sygnalizują, niby rzucają światło na jakieś tropy, ale jedynie ledwo muskają powierzchnię problemu. Rzecz jasna najciekawsza pod tym względem wydawała się kwestia pytania o to, czy kawałek kodu (czy jak kto woli ciąg zer i jedynek), który zachowuje się podobnie jak człowiek może być uznany za świadomą i co za tym idzie żywą istotę, a jeśli tak faktycznie jest czy być powinno, to jakie prawa powinny mu przysługiwać. Niestety wątek ten pojawia się w filmie tylko na chwilę, a finalnie twórcy - być może wbrew własnym założeniom - dają na to negatywną odpowiedź, skoro koniec końców działania NPC-ów (w tym postaci granej przez Reynoldsa) są skrajnie deterministyczne (wszak Facet miał z góry zaprogramowane kogo może i powinien pokochać oraz chociażby ulubiony smak lodów czy wykonawczynię piosenek).

Ktoś powie, że przecież to kino rozrywkowe w 100%, więc nie oczekuj czegoś, czego z definicji tutaj być nie powinno. Abstrahując chwilowo od faktu, że nie zgadzam się takim postawieniem sprawy, to jednak czegoś żal, by nawet w lekkiej konwencji poruszyć istotne kwestia czy wyzwania przed którymi niechybnie stajemy jako społeczeństwo. Jednak co gorsze, w mojej opinii film się nie broni też na płaszczyźnie typowo rozrywkowej z jednej podstawowej przyczyny: tak naprawdę centralna intryga - przesadnie grubymi nićmi szyta - ma miejsce w świecie realnym, zaś w tym wirtualnym sprowadza się do tego, że bohater musi wykonywać pewne questy, które mają pomóc dwóm osobom na zewnątrz. Nie pozwala to - przynajmniej tak było w moim wypadku - zaangażować się w wydarzenia mające miejsce w świecie gry. Co więcej tempo filmu jest bardzo nierówne, tak samo jak humor, którego jest o dziwo bardzo mało lub był on na tyle subtelny, że jakoś go nie wychwyciłem, w co jednak nie wierzę, bo nawet easter eggi były bardzo grubo ciosane.

Jeśli ktoś jednak podejdzie na całkowitym luzie do tej produkcji, to pewnie będzie się nieźle bawił przez te półtorej godziny z małym okładem. Część gagów jest też całkiem udana, choć mnie - o zgrozo - najbardziej rozbawił ten najmniej przyzwoity, czyli o skarpetce specjalnego przeznaczenia, plus niemal wszystkie sceny z udziałem Taiki Waititi. Oko z pewnością cieszyć mogą momentami bardzo widowiskowe efekty specjalne, choć też miejscami widać aż za mocno użyte CGI. Jednak mimo wszystko żal, że nie udało się z takiego materiału wycisnąć znacznie więcej, zwłaszcza że pierwsza odsłona Ralpha Demolki pokazała, że można praktycznie cały materiał zamknąć w obrębie świata gry komputerowej i na koniec otrzymać więcej niż zadowalający produkt.