Czytany Wpis

Final Space, czyli Baby Yoda Bis

"Final Space" to seriale z rodzaju Space Opera, których życzylibyśmy sobie więcej. We wpisie próbujemy pokazać, co stanowi o jego sile zestawiając go z "Mandalorianinem".

Final Space, czyli Baby Yoda Bis

Jest mały, zielony i chociaż właściwie nic nie mówi to od razu zyskuję sympatię widza. A przy tym dysponuje niespotykaną mocą, przez co po całym kosmosie szukają go siły zła. Ostatecznie jednak trafia pod opiekę przypadkowego znalazcy, z którym dość szybko nawiązuje coś więcej niż nić sympatii i przeżywa mnóstwo niewiarygodnych przygód. Brzmi znajomo? My też do niedawna mielibyśmy dość jednoznaczne skojarzenia, ale obecnie wiemy, że do tego opisu pasują co najmniej dwie postaci i dzisiejszy tekst poświęcony będzie Ciastkowi, czy właściwie serialowi, w którym to dziwo się pojawia.

Jak ktoś nie miał okazji zapoznać się z tym tytułem, to wyjaśniamy, że chodzi o serial “Final Space” (można to tłumaczyć na polski jako “Ostateczny kosmos”). Tym niemniej oprócz wspomnianych podobieństw do “Mandalorianina” różnic jest chyba zdecydowanie więcej. Ale zanim do tego przejdziemy, chcielibyśmy poczynić pewną uwagę, ponieważ nie chcielibyśmy pozostawić czytających z wrażeniem, że twórcy “Final Space” świadomie lub mimowolnie wzorowali się produkcji od Disney’a. Otóż nic bardziej mylnego, ponieważ premiera pierwszego sezonu "Final Space" na kanale TBS (należącym do Warner Media) miała miejsce prawie dwa lata wcześniej (luty 2018 versus listopad 2019) niż serialu o przygodach małego Yody .

Wracając do jednak do różnic między obiema produkcjami, zacznijmy od formy i ogólnego klimatu. Przede wszystkim mamy tutaj do czynienia z serialem animowanym i to w tradycyjny sposób “malowanym”, a przynajmniej naśladującym ten styl. Ponadto dużo większy nacisk położony tutaj został na aspekt komediowy, zwłaszcza w przypadku drugiego sezonu. Jednak chyba nie mielibyśmy odwagi nazwać “Final Space” mianem komedii,  a przynajmniej krzywdzące byłoby opisywanie go tylko tym epitetem. Choć humoru tu faktycznie nie brakuje, to dla równowagi nie można też narzekać na niedostatek scen dramatycznych i to takich, które mogą złamać największego twardziela. Stary Nudziarz w zasadzie z “Mandalorianina” przypomina sobie tylko jeden moment, gdy faktycznie łezka w oku mu się zakręciła, zaś tutaj (zwłaszcza w pierwszym sezonie) wzruszał się co drugi odcinek.

Ponadto chociaż w serialu od Warnera również nie brakuje wszelkiej maści najemników, to główny “partner” Ciastka jest raczej typem ofiary życiowej, która notorycznie i na własne życzenie ładuje się w kłopoty. Nie chcemy zanadto spojlerować, ale w gruncie rzeczy odwołujemy się do wydarzeń z pierwszy odcinek serialu, więc zanadto nikomu zabawy nie popsujemy zdradzając, że Gary’ego (tak się nazywa ta persona) poznajemy jako jedynego ludzkiego członka stacji kosmicznej, która ostatecznie okazuje się czymś na kształt więzienia, do którego trafił w dość dziwacznych okolicznościach, ponieważ chciał zaimponować pewnej dziewczynie. Oprócz niego na tej stacji kosmicznej znajdują się wyłącznie roboty, w tym Kevin, czyli maszyna która ma wyłącznie za zadanie dbać o kondycję psychiczną Gary’ego, choć sama sprawia wrażenie nie do końca zrównoważonej czy wręcz szalonej momentami.

Głównym zadaniem Gary’ego w trakcie odbywania wyroku jest wykonywanie prac konserwacyjnych na zewnątrz stacji. Właśnie podczas jednej z takich “ekspedycji” wpada na niego Ciastek i to całkiem dosłownie. Dzięki temu poznajemy główny rys charakteru Gary’ego, który okazuje się być niepoprawnym optymistą, a przy tym kierować się bardziej sercem niż rozumem, ale w tym raczej pozytywnym znaczeniu.

Starczy może o Garym, bo pewnikiem kiedyś więcej napiszemy o głównych bohaterach tej opowieści. Wróćmy do meritum, czyli różnic między “Mandalorianem” a “Final Space”, a konkretniej do fabuły. Schemat obu produkcji czy też główna oś fabularna jest bardzo podobna, czyli po jednej stronie mamy dobrych “wyrzutków”, zaś po drugiej siły zła, które stąpają im po piętach, a każdy odcinek ma nas zbliżyć do odkrycia tajemnicy, którą przygotowali nam twórcy. Tym niemniej serial Disney’a to przykład typowego “procedurala” jak mawiają Amerykanie, czyli bardziej po ludzku pisząc: każda odcinek jest osobną całością, a tym samym opowiada o jakiejś przygodzie, która zaczyna się i kończy w ramach tej konkretnej odsłony. Owszem w tle gdzieś majaczy główny wątek i pewne odcinki bardziej niż inne popychają go do przodu, ale z drugiej strony część z nich można by spokojnie pominąć bez utraty z oczu głównej historii. Być może właśnie takie podejście w głównej mierze sprawia, że fabuła “Mandalorianina” jest do bólu prosta. Nam to nie przeszkadza, wręcz stanowi to pewien urok tego serialu, ale taka też jest prawda o produkcji Disney’a w tym aspekcie. Jedyne do czego można się przyczepić - to największy zarzut Starego Nudziarza - to wyjątkowo marne dialogi. Wprawdzie niewiele się w “Mandalorianie” mówi, ale jak już bohaterowi otworzą usta, to nierzadko człowieka ogarnia “rzal i bul”.

Pod względem fabularnym “Final Space” leży na przeciwległym biegunie, choć ta ocena w nieco mniejszym stopniu dotyczy drugiego sezonu, a przynajmniej jego pierwszej połowy. Przede wszystkim historia Ciastka, a zwłaszcza jego towarzyszy nie jest liniowa. Całkiem sporo tu retrospekcji, które wnoszą dużo do zrozumienia całości oraz bieżących wydarzeń. Obserwujemy tu również sporo zabawy twórców z motywem podróżowaniem w czasie, czego osobiście nie lubimy, bo zazwyczaj nie wychodzi to najlepiej, ale tutaj robione jest to z umiarem i zazwyczaj z sensem (o ile w ogóle w przypadku podróżowania w czasie można o nim mówić). A ponadto mamy tutaj do czynienia z przeplatającymi się wątkami dla różnych postaci, które finalnie połączą się, ale przez długi czas biegną obok siebie i traktowane są przez twórców z należytą starannością. Niestety drugi sezon - jak już sygnalizowaliśmy - nieco obniża loty pod tym względem, zwłaszcza w pierwszych odcinkach, które stawiają na szaloną zabawę i humor, ale potem wszystko wraca do normy.

Kończąc ten wpis musimy przyznać, że dla nas to jedno z większych odkryć tego roku. Od początku zakochaliśmy się w Ciastku, który chwycił nas za serce podobnie jak Baby Yoda. Dość szybko się jednak przekonaliśmy, że serial ten oferuje znacznie więcej niż kilka mniej lub bardziej chwytliwych żartów. Właściwie zżyliśmy się szybko z każdą postacią, nawet tym nieszczęsnym Kevinem, który bywa irytująco zabawny, ale ma też swoje chwile chwały. Jeśli ktoś nie widział, to naprawdę polecamy, by dać szansę “Final Space”. Wprawdzie trochę powoli się on rozkręca, ale już w okolicach trzeciego odcinka zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. My na ten rower wsiedliśmy bez wahania i cieszyliśmy się tą “podróżą” do samego końca i z niecierpliwością czekamy na kolejny sezon.