Czytany Wpis

Assassin’s Creed The Movie, czyli przepis na klapę

Próba zmierzenia się z filmową adaptacją Assassin’s Creed, czyli taka jakby recenzja.

Assassin’s Creed The Movie, czyli przepis na klapę

W niedzielne popołudnie Nudziarze Dwaj zapragnęli dla odmiany odrobiny filmowej rozrywki. Coby jednak nie wypaść za bardzo poza ulubioną domenę wspólnego obcowania, tym razem padło - a jakże - na adaptację jednej z najbardziej znanych serii gier wideo, czyli Assassin’s Creed.

Stary Nudziarz doskonale wiedział, że wspomniana produkcja została wręcz zmiażdżona przez krytyków, zaś widzowie swego czasu nie ustawiali się w kolejkach do kina, by śledzić losy zmagań asasynów z templariuszami (szacuje się, że film ten przyniósł nawet 100 milionów dolarów straty). Tym niemniej nie podzielił się on swoimi wątpliwościami z najmłodszym współlokatorem, więc Młody Nudziarz zamiast “Wojny światów” (taka opcja była pierwotnie brana pod uwagę) zadecydował, że tym razem obejrzymy film z Michaelem Fassbenderem w roli głównej. Niestety decyzja ta okazała się w ostateczności nie najlepsza, czy mówiąc wprost: była to totalna pomyłka. W efekcie udało się nam obejrzeć niespełna godzinę tego przymulacza z ambicjami.

W poprzednim zadaniu nieprzypadkowo napisaliśmy o ambitnych założeniach tego projektu, ponieważ tutaj chyba widzielibyśmy klucz do zrozumienia tej katastrofy. Otóż twórcy tego filmu chcieli prawdopodobnie zaproponować widzom coś więcej niż standardowe kino przygodowe z silnym akcentem zbójecko-napadalskim. Oczywiście nic zdrożnego w tym nie widzimy i nawet trzeba pochwalić ekipę odpowiedzialną za tego potworka, że mieli chęci i odwagę, by do typowego “akcyjniaka” przemycić rozważania o ludzkiej naturze opatrzone dodatkowo kilkoma publicystycznymi spostrzeżeniami - pal licho, że wtórnymi i banalnymi aż do bólu - na temat współczesności. Problem polega na tym, że zupełnie nic tu nie gra.

Sceny akcji, które rozgrywają się XV wiecznej Hiszpanii, choć momentami efektowne (jednak też bez przesadnego szaleństwa), są dawkowane w ilościach wręcz śladowych. Zdecydowana większość z tej godziny, którą zmęczyliśmy, rozgrywa się we współczesności. To właśnie w tym wymiarze czasowym twórcy serwują nam swoje owoce zadumy nad ludzką kondycją. Niestety wówczas z ekranu wieje nudą tak okropną, że dorównuje jedynie głupota scenariuszowa i to chyba jest największy z naszych zarzutów (a przynajmniej Starego Nudziarza). Rzecz jasna film tutaj idzie dość wiernie za pierwowzorem znanym z konsol czy komputerów, czyli obserwowane przez nas historyczne wydarzenia okazują się tak naprawdę “odtworzonymi” wspomnieniami ich uczestników (rzecz jasna od dawna już martwych). Taka gratka możliwa jest dzięki kosmicznej technologii o nazwie Animus.

Wprawdzie Stary Nudziarz do dzisiaj zrozumieć nie potrafi pojąć powodów wprowadzenie tej idiotycznej idei do fabuły gry, ale tam się ona broniła głównie za sprawą użytego medium. Po prostu Assassin’s Creed był jak na swoje czasy nowatorską grą akcji z w miarę otwartym światem, gdzie najnormalniej w świecie cieszyła nas sama możliwość kierowania poczynaniami zabójcy-akrobaty, więc swawola twórców w zakresie scenariusza niespecjalnie musiała wówczas komukolwiek przeszkadzać. Zresztą wraz z kolejnymi odsłonami serii Assassin’s Creed wątek związany z Animusem był coraz bardziej marginalizowany, choć nawet w debiutanckiej produkcji też nie stanowił centrum zabawy. Ot takie dziwactwo, które bez większego bólu dało się ignorować.

Natomiast uczynienie z tego debilizmu centralnej osi filmu budzi zażenowanie nawet u osoby, która zna pierwowzór, więc trudno nam sobie wyobrazić, co może o tym wszystkim pomyśleć zwykły widz bez odpowiedniego “przygotowania”. Chociaż jakieś tam pojęcie mamy, ponieważ w tej nierównej walce z nudą towarzyszyła nam Szanowana Żona i Matka w jednej osobie, która odpadła pierwsza wyrażając przy tym dość dosadnie swoją dezaprobatę dla zmarnowanego czasu. W naszej opinii dużo lepszym rozwiązaniem - skoro planowano kolejne odsłony filmowe związane z tą grą - byłoby skupienie się wyłącznie na wątku historycznym i dopiero jak się widzowie trochę opatrzyli z tym wszystkim, a przede wszystkim polubili protagonistów tam występujących, wówczas można byłoby w kolejnych częściach pozwolić sobie na różne fanaberie i wówczas żadna głupota nie byłaby zbyt trudna do przełknięcia dzięki emocjonalnemu zaangażowaniu widza, czego doskonałym przykładem jest “Avengers: Koniec gry”.

Wielka szkoda, bo potencjał był na porządną franczyzę kinową. Niestety twórcy już na samym początku postanowili ją storpedować proponując historię niezrozumiałą dla masowego widza, który w większości z grami nie ma za wiele do czynienia. Zaś ostatnim gwoździem, jaki wbili do tej trumny, było odejście od przygodowego sznytu pierwowzoru. W efekcie otrzymaliśmy dramatycznie nudne kino przygodowe, które na dodatek przeraża swoją głupotą i banalnością.